Przygotowana przez rząd nowa ustawa o ochronie praw lokatorów podoba się gminom, bankom i deweloperom. Za to znacznie mniej lokatorom, gdyż znosi ochronę z automatu bezrobotnych czy niepełnosprawnych. Jeszcze tylko siedem dni zostało na konsultacje społeczne założeń do nowej...
więcej »
W pierwszym kwartale 2012 r. Polska odnotowała ok. 32-proc. wzrost wartości transakcji na rynku nieruchomości komercyjnych w stosunku do tego...
więcej »
rzez światowe rynki finansowe przetacza się obecnie głęboki kryzys, bez cienią wątpliwości najgłębszy i najbardziej dotkliwy od straszliwych lat 1929-30, czyli od Wielkiego Kryzysu. Porównania nasuwają się same: i wówczas, i obecnie kryzys zaczął się od silnego załamania giełdowego, a następnie - po kilku miesiącach - rozprzestrzenił się na cały sektor finansowy. I wtedy, i obecnie kryzys wybuchł w Stanach Zjednoczonych, ale potem dość szybko dotarł do Europy, aby rozprzestrzenić się na cały świat. I wtedy, i obecnie kryzys miał początkowo charakter głównie finansowy, ale z czasem jego efekty coraz mocniej zaczęły wpływać na funkcjonowanie realnej gospodarki, grożąc globalną recesją.
CZĘŚĆ I - GENEZA KRYZYSU W STANACH ZJEDNOCZONYCH
Gwarancje kredytowe Fannie Mae i Freddie Mac
Na dzisiejszy, światowy kryzys finansowy złożyło się wiele czynników. Genezy można upatrywać już w latach 30-tych XX wieku. Jednym z działań mających na celu wydostanie amerykańskiej gospodarki z Wielkiego Kryzysu, było utworzenie przez administrację prezydenta Roosvelta agencji rządowej Federal National Mortgage Association (FNMA), nazywaną potocznie Fannie Mae. Jej zadaniem było udzielanie gwarancji kredytów hipotecznych. W 1970 roku powstała druga podobna instytucja - Federal Home Loan Mortgage Corporation (Freddie Mac). W ostatnich latach instytucje te ręczyły za więcej niż połowę udzielonych w USA kredytów (zadłużenie amerykańskich gospodarstw domowych z tytułu kredytów hipotecznych wynosi około 10 bln dolarów). Celem funkcjonowania tych instytucji było zwiększenie dostępności do kredytów i rozwój budownictwa mieszkaniowego. Pośrednio jednak Fannie Mae i Freddie Mac przyczyniły się do uruchomienia lawiny kryzysu.
Polityka kredytowa amerykańskich banków
Gwarancje udzielane przez Fannie Mae i Freddie Mac pozwalały bankom znacznie poluzować kryteria udzielania kredytów. W ten sposób amerykańskie banki przestały wystarczająco dbać o jakość portfela kredytowego, nie zwracały uwagi na to, komu udzielają kredytów. W latach 90-tych XX wieku ogłoszenia o treści "Non proof incomes", czyli reklamujące udzielanie kredytów hipotecznych bez konieczności dokumentowania źródeł i wysokości dochodów nie należały do rzadkości. W ten sposób na amerykańskim rynku wytworzył się specyficzny rodzaj kredytów - tzw. subprime, a więc o niższej jakości, udzielany osobom na pograniczu zdolności kredytowej. Wolumen kredytów subprime w USA gwałtownie wzrósł w ostatnich latach. W 2006 roku stanowiły one już ponad 5 proc. wartości wszystkich amerykańskich kredytów hipotecznych, a co piąty kredyt hipoteczny gorszej jakości nadawał się do windykacji. Szacuje się, że rynek kredytów subprime w USA to 10-14 proc. wszystkich kredytów, czyli jego wartość wynosi około 1,2-1,5 bln dolarów.
Sekurytyzacja
To jednak dopiero część układanki, która złożyła się na dzisiejszy kryzys. Problem nie byłby aż tak poważny, gdyby nie rozwój sekurytyzacji, a więc mechanizmu zamiany wierzytelności na papiery wartościowe. Na początku lat 80-tych XX wieku amerykański rynek finansowy wzbogacił się o nowe instrumenty - obligacje zabezpieczone kredytami hipotecznymi. Z czasem zyskały one największy udział wśród papierów wartościowych zabezpieczonych wierzytelnościami.
Dzięki takiej operacji banki, w celu zdobycia środków na dalszą działalność, odsprzedawały dłużników innym, większym bankom. Te z kolei dzieliły kredyty na mniejsze części i emitowały obligacje, których zabezpieczeniem były kredyty hipoteczne (pierwsze tego typu obligacje wyemitowano w 1983 roku). W dużym uproszczeniu mechanizm sekurytyzacji powodował, że amerykański kredytobiorca przestawał być dłużnikiem banku, w którym wziął kredyt (tak jak ma to miejsce w Polsce) i w pewnym sensie stawał się dłużnikiem nabywcy takiej obligacji.
W tego typu obligacje inwestowały banki czy fundusze inwestycyjne. Chętnych było wielu. W 2006 roku przynosiły nawet ponad 10 proc. zysku w skali roku. Jednak z racji swojego zabezpieczenia, charakteryzowały się wysokim ryzykiem. Ich wartość zależała bowiem od jakości portfela kredytowego. Innymi słowy, kiedy kredytobiorcy zaczęli mieć problemy ze spłatą kredytów, hipoteczne papiery wartościowe stawały się jeszcze ryzykowniejszą inwestycją.
Boom na rynku nieruchomości
Rozluźnienie polityki kredytowej, gwarancje spłaty kredytów Fannie Mae i Freddie Mac, możliwość sprzedaży przez banki portfela kredytowego w postaci obligacji to jeszcze nie wszystko. Skoro w zasadzie każdy Amerykanin mógł wziąć kredyt, to brał. A jak brał, rósł popyt na mieszkania, automatycznie rosła więc ich cena. Szybki, dynamiczny wzrost cen nieruchomości, jaki miał miejsce w latach 90-tych XX wieku, powodował wzrost wartości zabezpieczenia kredytów hipotecznych i dodatkowo usypiał rynek przed groźbą pogorszenia się jakości portfela kredytowego. Akcja kredytowa trwała w najlepsze dzięki wierze banków w dalszy wzrost cen nieruchomości. Wartość nieruchomości w Stanach Zjednoczonych przeszacowano o kilkadziesiąt procent.
Polityka monetarna FED
Do zaciągania kredytów dodatkowo zachęcała polityka monetarna FED. Żeby pomóc amerykańskiej gospodarce wydostać się z kryzysu związanego z pęknięciem tzw. bańki internetowej w 2001 roku, w Stanach Zjednoczonych łagodzono politykę monetarną. Od 2000 roku do połowy 2003 roku główna stopa procentowa spadła z 6,5 do 1 proc. Jak skutecznie zachęcało to Amerykanów do zaciągania kredytów, najlepiej oddają liczby. Na koniec 2002 roku wartość udzielonych kredytów hipotecznych w USA wynosiła około 6 bln dolarów. Na koniec drugiego kwartału 2008 roku wolumen ten wynosił już 10,6 bln dolarów, a więc wzrósł niemal dwukrotnie. Jednak od połowy 2003 roku Fed zaczął zacieśniać politykę monetarną. Stopy procentowe, a co za tym idzie koszt kredytu, zaczęły rosnąć. Do połowy 2006 roku stopy wzrosły do 5,25 proc. Droższy kredyt, wyższe raty kredytowe spowodowały, że coraz więcej Amerykanów nie radziło sobie z obsługą zadłużenia. Szacuje się, że w 2007 roku windykacji poddano milion amerykańskich domów, które stanowiły zabezpieczenie kredytów hipotecznych. Kryzys ujawnił się w połowie 2007 roku.
Amerykański kryzys staje się globalny
Lawina ruszyła. Obrót obligacjami zabezpieczonymi kredytami hipotecznymi spowodował, że amerykański problem stał się problemem globalnym. W obligacje zabezpieczone wierzytelnościami hipotecznymi inwestowały bowiem nie tylko instytucje amerykańskie, ale również banki i fundusze europejskie i azjatyckie. Rynkowa wartość obligacji zabezpieczonych hipotecznie spadła o kilkadziesiąt procent. Dostało się też firmom ubezpieczeniowym, które ubezpieczały kredyty hipoteczne i gwarantowały obligacje zabezpieczone kredytami hipotecznymi, np. największemu ubezpieczycielowi AIG. W połowie 2007 roku instytucje finansowe, zaangażowane w bezwartościowe papiery, zaczęły liczyć starty.
CZĘŚĆ II - RÓŻNICE W POLITYCE KREDYTOWEJ BANKÓW W POLSCE I USA
Nadzór finansowy w Polsce
Różnice w konstrukcji i rozwoju rynku finansowego w Polsce i Stanach Zjednoczonych pozwalają wyciągnąć wnioski na temat tego, czy polski sektor finansowy jest zagrożony światowym kryzysem finansowym. Nadzór finansowy w Polsce przeszedł w ostatnich latach reorganizację, polegającą na stworzeniu jednego podmiotu koordynującego nadzór na różnymi uczestnikami rynku finansowego. Tę kontrolę sprawuje Komisja Nadzoru finansowego, pod parasolem której znajdują się banki, towarzystwa ubezpieczeniowe i otwarte fundusze emerytalne. KNF sprawuje również nadzór nad rynkiem kapitałowym. Scentralizowanie systemu nadzoru miało na celu poprawienie efektywności działań instytucji czuwających nad poszczególnymi segmentami rynku finansowego w Polsce. KNF dokonuje oceny sytuacji finansowej banków, w tym badania wypłacalności, jakości aktywów, płynności płatniczej i wyniku finansowego banków.
Nadzór finansowy w USA
System bankowy w Stanach Zjednoczonych, a co za tym idzie system nadzoru finansowego, różni się od modelu polskiego. Wraz z przyjęciem w 1933 roku przez amerykański Kongres Glass-Steagall Act, system bankowy w USA podzielono na część komercyjną i inwestycyjną. Oznaczało to, że praktycznie nie można było łączyć działalności depozytowo-pożyczkowej (tę działalność prowadziły tradycyjnie trzy rodzaje banków: banki komercyjne, kasy oszczędnościowo-pożyczkowe i kasy wspólnego oszczędzania oraz unie kredytowe) z działalnością inwestycyjną.
Amerykański system bankowy wykształcił również tzw. non-bank banks, czyli instytucje, które do prowadzenia działalności nie wymagają uzyskania licencji. Mogą one prowadzić działalność depozytową lub kredytową, z tym że nie obie jednocześnie. Ten rodzaj instytucji świadczy więc de facto usługi bankowe, ale nie podlega Federalnemu Systemowi Rezerwy (FED). Nie oznacza to jednak, że są to instytucje nie podlegające żadnemu nadzorowi. Większość z nich posiada depozyty ubezpieczone przez Federalną Korporację ds. Gwarantowania Depozytów (FDIC), musi spełniać odpowiednie wymogi dotyczące poziomu kapitałów, rezerw itp. Według niektórych opinii, amerykański system bankowy jest najbardziej zdecentralizowanym na świecie. To skutek m.in. ustaw McFadden Act z 1927 roku oraz Bank Holding Act z 1956 roku, które razem z innymi regulacjami, obowiązującymi w poszczególnych stanach USA, ograniczały możliwość geograficznej ekspansji banków.
Banki komercyjne w Stanach Zjednoczonych nadzorowane są właściwie przez cztery oddzielne instytucje: Biuro Kontrolera Waluty (OCC), System Rezerwy Federalnej, Federalną Korporację ds. Ubezpieczenia Depozytów (FDIC) oraz władze stanowe.
Amerykańskie agencje rządowe
By dopełnić obrazu systemu bankowego w USA, należy wspomnieć o instytucjach, które powstały, by wspierać dostępność kredytów mieszkaniowych i rozwój budownictwa mieszkaniowego. Chodzi tu o The Federal Home Loan Mortgage Corporation (Freddie Mac) i Federal National Mortgage Association (Fannie Mae). Zadaniem tych organizacji było udzielanie i gwarantowanie pożyczek hipotecznych. Obie były również pionierami w organizowaniu tzw. wtórnego rynku kredytów hipotecznych opartych na obligacjach zabezpieczonych na tych kredytach (Mortgage Backed Securtities - MBS). Pojawiające się problemy ze spłatą kredytów hipotecznych sprawiły, że papiery wartościowe wyemitowane na ich podstawie (a więc wspomniane MBS) zaczęły tracić na wartości. Stąd wzięły się ogromne problemy Fannie Mae i Freddie Mac i ich nacjonalizacja przez rząd USA we wrześniu 2008 roku.System bankowy oraz system nadzoru finansowego w Stanach Zjednoczonych działał więc bez większych zarzutów i turbulencji przez ponad 70 lat. Ale już w 1999 roku pojawiły się pierwsze zmiany w systemie bankowym, które wraz z rozluźnieniem polityki kredytowej i brakiem odpowiedniej oceny ryzyka (dotyczy to wszystkich podmiotów: banków komercyjnych, kas pożyczkowych, banków inwestycyjnych, agencji rządowych) były wstępem do dzisiejszego kryzysu.
Rynek kredytów subprime
Dlaczego nie grozi nam powtórka amerykańskiego scenariusza? Odpowiedzi są dwie: w Polsce nie ma rynku kredytów subprime, w Stanach Zjednoczonych jest. W Polsce, inaczej niż w USA, instytucje finansowe (banki, fundusze inwestycyjne, towarzystwa ubezpieczeniowe) praktycznie w ogóle nie inwestowały, ani nie gwarantowały papierów wartościowych wyemitowanych na podstawie udzielonych kredytów typu subprime.
Jak potężny jest rynek kredytów subprime w USA, najlepiej ilustruje szacowana jego wartość. Według różnych danych, wynosi ona od 10 do 14 proc. całego rynku kredytów hipotecznych. Wartość kredytów hipotecznych w USA (udzielonych gospodarstwom domowym) to aktualnie niewiele ponad 10 bln dolarów. Wartość subprime to więc około 1,3 bln dolarów. Na wytworzenie się segmentu kredytów subprime miało wpływ przede wszystkim rozluźnienie polityki kredytowej przez banki oraz inne instytucje udzielające kredytów hipotecznych (głównie instytucje para bankowe czyli home mortgage lenders). Instytucje udzielały kredytów nawet do 100 proc. wartości nieruchomości osobom niespełniającym kryteriów dochodowych.
Drastyczny wzrost stóp procentowych
W warunkach niskich stóp procentowych, jakie panowały w USA w latach 2001-2003, problem niespłacania kredytów hipotecznych w zasadzie nie istniał. Problemy zaczęły się pojawiać w momencie wzrostu stóp procentowych. Do tego nałożyła się specyfika rynku kredytów hipotecznych w USA, gdzie bardzo dużo kredytów udzielano według stałej stopy procentowej obowiązującej przez pierwsze 2-3 lata spłaty. Dopiero po tym okresie następowało przejście na zmienną stopę. Zmiana rodzaju oprocentowania była bardzo bolesna dla osób z niskimi dochodami, ponieważ operacja ta zbiegła się w czasie ze wzrostem stóp procentowych. Dla wielu kredytobiorców oznaczało to nagły wzrost raty kredytowej nawet o 50 proc. Kredytobiorcy w Polsce na taki scenariusz nie są i nie byli narażeni, bo większość kredytów hipotecznych od początku spłacanych jest według stopy zmiennej. Poza tym poziom stóp procentowych w Polsce nigdy nie był na takim poziomie, by skok o 2-3 punkty procentowe wywołał szok.
Dlaczego Amerykanie przestali spłacać kredyty, a Polacy nie
Boom na rynku nieruchomości w USA w dużym stopniu wpłynął w ostatnich latach na decyzje ekonomiczne Amerykanów. Konsumenci amerykańscy widząc, że ich majątek rośnie (w wielu przypadkach był to tylko księgowy wzrost, ponieważ nie mógł zostać zrealizowany - rosła wartość nieruchomości, które były miejscem zamieszkania, a nie przedmiotem obrotu na rynku) zaczęli więcej wydawać zarówno na dobra konsumpcyjne (duże samochody, sprzęt AGD i RTV), jak i na zakupy akcji na giełdzie. To wszystko sprawiało, że amerykański PKB rósł ponad 3 proc. rocznie, a giełdy biły historyczne rekordy. Po kryzysie z 2001 i 2002 roku nic nie pozostało. Klienci zarabiali i chcieli zyskiwać jeszcze więcej. Gospodarka rozpędzała się bardzo szybko, a jeszcze szybciej inflacja. Na to nie mógł pozwolić FED, który od czerwca 2004 roku aż 17 razy podniósł główną stopę procentową, windując ją do poziomu 5,25 proc. (z poziomu 1 proc.). Oprocentowanie kredytów dla klientów z najlepszą historią kredytową ze zmienną stopą procentową skoczyło z około 3 do 7 proc. Oprocentowanie subprime mortgage jest o około 4-6 punkty procentowe wyższe. Negatywny skutek dla klientów o słabszym standingu był jeszcze większy.W Polsce z różnych przyczyn (skoncentrowany nadzór bankowy, brak instytucji parabankowych udzielających kredytów, mniejszy rozwój rynku bankowego, brak banków inwestycyjnych, kas pożyczkowych, mniej liberalna polityka udzielania kredytów) rynek kredytów subprime w ogóle nie powstał. Kredyty złotowe nigdy nie były oprocentowane poniżej 4 proc., a więc skok oprocentowania nawet o 2 punkty procentowe (np. z 5 proc. do 7 proc.) nie jest wielkim dramatem. Jeśli więc banki będą - tak jak do tej pory - ostrożne w kwestii liczenia zdolności kredytowej Polaków, nie powinny mieć problemów, nawet w sytuacji spowolnienia gospodarczego. Co prawda większa część kredytów udzielanych jest we frankach szwajcarskich i tu ewentualnie może pojawić się problem ze spłacaniem rat, jeśli nastąpiłby wyraźny wzrost kursu franka do złotego (sama zmiana oprocentowania, które nadal jest niskie, nie jest groźne dla spłacalności tych kredytów). Na razie jednak mocny złoty dodatkowo stabilizuje płacone raty kredytowe. Poza tym wydana przez KNF w 2006 roku Rekomendacja S wyraźne ograniczyła dostępność kredytów walutowych. Gdyby tylko sama wartość niespłacanych kredytów subprime była problemem dla światowych rynków, prawdopodobnie nie mówilibyśmy dziś o kryzysie finansowym. Jednak instytucje finansowe w USA, a obok nich inne podmioty (głównie w Europie) zaczęły emitować papiery wartościowe zabezpieczone tego typu kredytami. Inaczej mówiąc, banki i instytucje, które udzieliły ryzykownych kredytów hipotecznych, zaczęły przerzucać ryzyko na inne podmioty poprzez emisję innych papierów wartościowych. Szacuje się, że aż około 80 proc. kredytów subprime przekształcono w papiery wartościowe, sprzedawane następnie na wszystkich rynkach świata.
Ktoś inny "kupował" dług hipoteczny płacąc gotówką i brał na siebie ryzyko niespłacenia kredytu. Powstawał więc swoisty łańcuch, który w niekontrolowany sposób rozlał się po instytucjach finansowych. Papiery te kupowały największe banki inwestycyjne oraz towarzystwa ubezpieczeniowe. Dzisiaj bezpieczne są te instytucje, które albo tego typu obligacji nie mają, albo ich liczba i wartość jest znikoma. W tej sytuacji znajdują się banki i firmy ubezpieczeniowe działające na polskim rynku. Jak określił w jednym z wywiadów szef KNF Stanisław Kluza, ilość "toksycznych aktywów" jest tak znikoma, że ich wartość nie przekracza kilkudniowego zysku banku.
Różnice w dostępności kredytów
Kolejną różnią pomiędzy polskim i amerykańskim rynkiem finansowym jest dostępność kredytów. Już na poziomie globalnym nasz rynek jest mniej spenetrowany przez tego typu instrumenty, bo wartość kredytów hipotecznych w stosunku do PKB wynosi około 12 proc., podczas gdy w USA ten poziom szacuje się na około 70 proc. Mimo że w ostatnich latach kredyty hipoteczne stały się bardziej dostępne, banki w Polsce (od 2003 roku wartość udzielonych kredytów hipotecznych wzrosła z 30 mld zł do prawie 140 mld zł dzisiaj) nie zliberalizowały w takim stopniu swojej polityki kredytowej jak kasy pożyczkowe czy instytucje parabankowe w USA.
Różnice w ofercie produktowej
Kolejną istotną różnicą pomiędzy rynkiem polskim a amerykańskim jest różnorodność dostępnych rozwiązań w ramach kredytów hipotecznych. W Polsce podstawowymi produktami jest kredyt na zakup nieruchomości lub kredyt budowlano-hipoteczny na budowę domu. Klienci mogą również skorzystać z kredytów na dowolny cel (pożyczka hipoteczna), kredytów konsolidacyjnych i refinansowych, które nie są jeszcze w Polsce popularne.
W Stanach Zjednoczonych segment kredytów hipotecznych jest znacznie lepiej rozwinięty, ponieważ w większym stopniu klienci korzystali z możliwości konsolidowania kredytów oraz refinansowania swoich starych zobowiązań zabezpieczonych hipoteką. Co ważne, te dwa rodzaje kredytów były wykorzystywane również do tzw. "wyciągania pieniędzy spod nieruchomości" (zaciągania home equity loans), czyli pożyczania dodatkowej gotówki na dowolny cel, co zwiększało zadłużenie nieruchomości i ryzyko dla banku. Część klientów w ostatniej fazie wzrostu cen wprost specjalnie refinansowało swoje kredyty biorąc dodatkową gotówkę (pozwalała na to wartość nieruchomości, która była wyższa niż stary kredyt hipoteczny) zamrożoną w przecenionej nieruchomości. Nawet strata domu lub mieszkania (zwłaszcza jeśli był kupiony w celach inwestycyjnych) w wyniku braku spłat rat nie jest tak bolesna, bo zawsze zostały w kieszeni jakieś pieniądze z operacji refinansowania kredytu. Martwić mógł się tylko bank.
Polskie banki nie eksperymentują
Dodatkowym aspektem, który rozhuśtał amerykański rynek, była oferta innych kredytów hipotecznych, np. typu second mortgage (druga hipoteka), czyli "dwa banki na jednej hipotece". Zamiast zaciągać kredyt w koncie osobistym czy na karcie kredytowej, kredytobiorcy mogli drugi raz przedstawić nieruchomość jako zabezpieczenie. Bank, który będzie wpisany na drugim miejscu w księdze wieczystej, ponosi oczywiście większe ryzyko, a więc marże kredytów w ramach "drugiej hipoteki" są wyższe niż w przypadku tradycyjnych kredytów hipotecznych. W Polsce nieśmiało ten typ kredytu oferował Metrobank.Innym popularnym w Stanach rodzajem kredytu, który nie jest jeszcze w Polsce oferowany, jest odwrócona hipoteka. Osoby starsze, przekazując swoją nieruchomość pod zabezpieczenie mogą uzyskać od banku "rentę". Nie muszą na bieżąco spłacać rat kredytowych - bank zarobi na kredycie w momencie sprzedaży nieruchomości. Widać więc, że w warunkach spadających cen nieruchomości ten rodzaj kredytowania też niesie ze sobą spore ryzyko strat dla instytucji finansowych. W Polsce podobne, innowacyjne produkty kredytowe zaczął wprowadzać Metrobank (grupa Noble Banku), ale wartość tych kredytów jest wręcz śladowa. Polski rynek nie poszedł w kierunku eksperymentów produktowych i wydaje się, że przez najbliższe miesiące nie zobaczymy nowych rodzajów kredytów hipotecznych.
CZĘŚĆ III - DLACZEGO KRYZYS FINANSOWY POLSCE NIE GROZI
Mniejsza dostępność kredytu
Jak już wcześniej wyjaśniono, jedną z głównych przyczyn kryzysu finansowego w USA było załamanie na rynku kredytów hipotecznych wysokiego ryzyka. Po liberalizacji rynku kredytowego i złagodzeniu wymagań dotyczących przyznawania kredytów hipotecznych, rynek kredytów typu subprime w USA rozwijał się bardzo dynamicznie. Kredyty hipoteczne na zakup nieruchomości otrzymywały nawet osoby, które w normalnych warunkach nie przeszłyby pozytywnie analizy kredytowej, np. osoby nie posiadające stałego zatrudnienia. Skala zjawiska była bardzo znacząca.
W 2006 roku 28 proc. kredytów udzielonych przez amerykańskie banki zostało zakwalifikowanych do kategorii subprime. Liczba gospodarstw domowych, które skorzystały z finansowania typu subprime, przekroczyła 7 milionów. W sumie amerykańskie banki udzieliły 1,3 biliona dolarów tego typu kredytów, co stanowi ok. 10 proc. ogółu aktywów kredytowych w USA. Ponad 90 proc. tego typu kredytów udzielona została według zmiennej stopy procentowej, której wysokość uzależniona jest od zmiany rynkowych stóp procentowych. Cykl podwyżek stóp procentowych przyczynił się do wzrostu oprocentowania kredytów (z 7 proc. do 12 proc.), a to spowodowało około 50-proc. wzrost miesięcznych rat kredytowych.
W konsekwencji wzrostu oprocentowania ponad 2 miliony gospodarstw domowych korzystających z kredytów typu subprime utraciło płynność finansową, czyli zdolność do terminowego regulowania swoich zobowiązań kredytowych. Suma zagrożonych należności przekracza obecnie 330 mld dolarów. Kwota ta nie byłaby aż tak przerażająca i nie wywołałaby tak wielkich zawirowań na rynku, gdyby nie powszechnie stosowany mechanizm emisji papierów wartościowych zabezpieczonych ryzykownymi hipotekami, czyli tzw. sekurytyzacja.
Brak rynku subprime
W Polsce rynek kredytów wysokiego ryzyka praktycznie nie istniał. Obowiązujące w Polsce restrykcyjne regulacje prawne uniemożliwiały rozwinięcie się tego segmentu rynku. Narzucony przez prawo bankowe obowiązek badania zdolności kredytowej był skrupulatnie monitorowany przez polski nadzór finansowy. Polski nadzór również odpowiednio wcześnie wprowadzał regulacje zacieśniające politykę kredytową banków, w szczególności w stosunku do najbardziej narażonych na ryzyko kredytów walutowych (Rekomendacja S). Biorąc pod uwagę specyfikę produktów hipotecznych występujących na polskim rynku, można z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że w Polsce nie występują produkty hipoteczne, które można by zaliczyć do kategorii subprime.
Brak rynku wtórnego kredytów hipotecznych
W USA bardzo popularną praktyką, stosowaną przez wszystkie banki, było pozyskiwanie środków na prowadzenie akcji kredytowej poprzez emisję papierów wartościowych. Taka praktyka stosowana była również w przypadku kredytów typu subprime. Ponad 80 proc. kredytów wysokiego ryzyka stanowiło zabezpieczenie dla papierów wartościowych emitowanych na amerykańskim rynku finansowym. Wartość wyemitowanych papierów wartościowych, których zabezpieczenie stanowiły kredyty hipoteczne wysokiego ryzyka wynosiła w samym tylko 2006 roku około 450 mld dolarów, natomiast wartość nominalna papierów wartościowych pozostających do spłaty szacowana była na koniec 2006 roku na ponad 730 mld dolarów. Zabezpieczone na kredytach typu subprime papiery wartościowe znalazły swoich nabywców m.in. pośród wielu banków inwestycyjnych na Wall Street. Banki inwestycyjne pod zabezpieczenie tych papierów wartościowych zaciągały kolejne kredyty inwestycyjne oraz dokonywały emisji kolejnych papierów wartościowych.Trudno dzisiaj określić skalę tego zjawiska, jednak suma zobowiązań finansowych oraz papierów wartościowych wyemitowanych pod zastaw kredytów typu subprime znacznie przewyższa samą sumę tych kredytów. Warto zaznaczyć, że większość kredytów subprime była sekurytyzowana nie przez pararządowe agencje, które - pomimo liberalizacji wewnętrznych kryteriów, nadal stawiają ostre wymogi co do jakości portfela zabezpieczającego, ale przez prywatne spółki, które nie stosują tak ostrych standardów. Udział Freddie Mac i Fannie Mae w rynku sekurytyzacji spadł z 76 proc. w 2003 roku do blisko 40 proc. w 2006 roku.
Wartość papierów wartościowych pod zastaw kredytów hipotecznych wysokiego ryzyka wyemitowanych w USA (poza Freddie Mac i Fannie Mae)

W Polsce problem sekurytyzacji kredytów typu subprime nie istnieje, ponieważ kredyty hipoteczne wysokiego ryzyka, które można by zaliczyć do kategorii subprime, nie były w Polsce udzielane. W ogóle rynek sekurytyzacji w Polsce nie jest rozwinięty. Spośród nielicznych emisji papierów wartościowych zabezpieczonych aktywami banków w ostatnich latach wymienić można jedynie kilkanaście. Większość z tych emisji dotyczyła tzw. listów zastawnych i przeprowadzana była przez banki hipoteczne, działające na podstawie osobnej, bardzo rygorystycznej ustawy o bankach hipotecznych. Wszystkie polskie przypadki sekurytyzacji dotyczyły kredytów hipotecznych o tzw. sytuacji regularnej, a więc kredytów o niskim ryzyku niespłacalności. Wartość tych emisji była wręcz symboliczna i nie przekraczała łącznie 1 proc. aktywów polskiego sektora bankowego.
Sytuacja finansowa polskich banków
Ocenę sytuacji finansowej sektora bankowego w Polsce oparliśmy głównie na analizie największych pod względem sumy bilansowej polskich banków, notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Analizę sytuacji finansowej polskiego sektora bankowego rozpocząć należy od porównania wielkości aktywów oraz wysokości kapitałów własnych, jakimi dysponują polskie banki. Suma aktywów świadczy o wielkości banku oraz o jego potencjale do generowania przychodów. Największymi aktywami dysponują Pekao, którego aktywa wzrosły znacznie po fuzji z Bankiem BPH, a także PKO BP. Aktywa tych banków na koniec II kwartału 2008 roku wynosiły po około 120 mld zł. W czołówce pod względem aktywów plasują się również BRE Bank i ING Bank Śląski, których aktywa są dwukrotnie niższe niż Pekao i PKO BP i wynosiły w tym okresie odpowiednio około 65 i 60 mld zł.
Aktywa oraz kapitał własny w polskich bankach (II kw. 2008)

Identycznie wygląda zestawienie największych banków pod względem posiadanych kapitałów własnych. Pekao i PKO BP posiadały na koniec II kwartału 2008 roku odpowiednio 11,02 i 9,98 mld zł kapitałów własnych. Stabilną sytuację finansową polskich banków obrazuje wartość funduszy własnych posiadanych przez cały sektor bankowy. Regularny wzrost funduszy własnych wynika z bardzo dobrych wyników finansowych wypracowanych w ostatnich latach. Fundusze własne sektora bankowego zwiększyły sie od początku 2005 roku o ponad 34 proc. Wzrost wartości funduszy własnych w znaczącym stopniu zwiększa bezpieczeństwo finansowe polskiego sektora bankowego. Bezpieczeństwo to wydaje się być tym większe, ponieważ wartość zgromadzonych funduszy własnych przewyższa o prawie 34 proc. rygorystyczne wymogi kapitałowe nałożone przez polskie prawo.
Fundusze własne i współczynnik wypłacalności banków w Polsce

Wysokość aktywów i kapitału własnego nie dają pełnego obrazu sytuacji finansowej polskiego systemu bankowego. Stopień bezpieczeństwa sektora bankowego możemy określić analizując współczynnik wypłacalności. Biorąc pod uwagę współczynnik wypłacalności polskie banki również prezentują się bardzo korzystnie. Współczynnik wypłacalności wyrażany jest w procentach i określa możliwość pokrycia kapitałami własnymi ewentualnych strat z tytułu udzielonych kredytów i niekorzystnej sytuacji na rynku. Innymi słowy, współczynnik obrazuje wielkość bufora bezpieczeństwa dla klientów banku na wypadek poniesienia przez bank nieoczekiwanych strat.
Współczynnik wypłacalności w polskich bankach (II kw. 2008)

Współczynnik wypłacalności, wymagany przez polski nadzór bankowy, jest zgodny ze standardami Unii Europejskiej oraz Międzynarodowego Komitetu Nadzoru Bankowego i wynosi 8 proc. Polskie banki w ostatnich latach wykazywały się bardzo daleko posuniętą ostrożnością i utrzymywały współczynniki wypłacalności na poziomach znacznie przewyższających wymogi narzucone przez nadzór bankowy. Co prawda w 2008 roku obserwujemy nieznaczny spadek wartości wskaźnika wypłacalności (12,4% w 2007 i 10,7% w lutym 2008), jednak wynika to tylko ze zmiany sposobu naliczania wskaźnika, która weszła w życie z początkiem 2008 roku.
Prostym, ale bardzo wymownym wskaźnikiem potwierdzającym dobrą sytuację finansową polskich banków są również wypracowane przez nie zyski netto. W ciągu 12 miesięcy 2007 roku polskie banki zarobiły rekordową kwotę 13 mld zł netto. Duży respekt budzi także dynamika wzrostu zysków netto odnotowana w większości banków. Wzrost zysków netto na poziomie 30 proc. w skali roku można uznać za typowy w polskim sektorze bankowym. Nawet jeśli zawirowania na międzynarodowym rynku finansowym będą miały pośredni wpływ na polskie banki, nie powinno to w znaczącym stopniu odbić się negatywnie na ich sytuacji finansowej. Poziom generowanych obecnie zysków pokazuje, że polskie banki są przygotowane na pokrycie ewentualnych strat spowodowanych pośrednio przez kryzys finansowy na świecie.
Wysokość zysków netto w wybranych polskich bankach (2007)

Kolejnym czynnikiem, potwierdzającym dobrą kondycję finansową polskiego sektora bankowego, jest wielkość wypłacanych dywidend. Przy okazji dywidendy warto przede wszystkim zwrócić uwagę na sam fakt generowania zysków przez polskie banki - żaden z działających w naszym kraju banków nie odnotowuje strat na swojej działalności operacyjnej. Analizując skalę wypłacanych dywidend widać, że polskie banki dzielą się zyskami ze swoimi akcjonariuszami.
Stosunek dywidendy łącznie do zysku netto w wybranych polskich bankach

Sytuacja finansowa polskich banków pozwala im na wypłacanie wysokich dywidend, bez obawy o płynność finansową. Wyróżnić należy w szczególności Pekao, który w 2007 roku, po fuzji z Bankiem BPH, wypłacił na poczet dywidendy dodatkowo ponad 1 mld zł z kapitałów rezerwowych. Świadczy to o sile i niezależności finansowej banków działających w Polsce. Banki nie są zmuszone do pełnego wykorzystania wypracowanych zysków do prowadzenia bieżącej działalności czy podnoszenia kapitałów rezerwowych i stać je na wypłacanie wysokich dywidend. Dobrą sytuację finansową polskich banków potwierdzają wskaźniki rentowności uzyskiwane zarówno na kapitale własnym (ROE), jak i na aktywach (ROA). Wskaźnik ROA, będący stosunkiem zysku netto i aktywów, stanowi cenne źródło informacji o zdolności aktywów banku do generowania dochodów. Wskaźnik ROE, jako stosunek zysku netto do kapitałów własnych, informuje o rentowności zainwestowanego kapitału, czyli o efektywności jego wykorzystania. Wskaźnik ROE uznawany jest za jeden z najważniejszych wskaźników rentowności. Największą uwagę na ten wskaźnik zwracają właściciele kapitału własnego, gdyż pokazuje on jak efektywnie "pracuje" zainwestowany przez nich kapitał.
Wartość stopy zwrotu na kapitale własnym (ROE) oraz stopy zwrotu na aktywach (ROA) w polskich bankach (2007)

Wskaźniki ROE i ROA w największych polskich bankach są na zadowalająco wysokim poziomie. Czołówka polskich banków może poszczycić się wskaźnikiem rentowności kapitału własnego (ROE) na poziomie bliskim 30 proc. Dla całego sektora bankowego współczynnik ROE również jest bardzo wysoki i - według danych Narodowego Banku Polskiego za pierwszy kwartał 2008 roku - wynosi ponad 23,5 proc., a uwzględniając zysk brutto, aż 31,97 proc. To bardzo dobry wynik, potwierdzający siłę i stabilność finansową polskich banków. Na wskaźnik ROE wpływ ma zarówno zysk netto, jak i wysokość kapitału własnego. Wysoki wskaźnik ROE może, więc oznaczać niski poziom kapitałów własnych, co ma znaczący wpływ na ocenę bezpieczeństwa banku. I analogicznie niski ROE może oznaczać wysoki poziom kapitałów własnych. Regułę tę potwierdza np. Citi Handlowy, gdzie poziom kapitałów własnych jest jednym z największych na rynku i wynosi 5,23 mld złotych. Analizowany przez nas wcześniej poziom kapitałów własnych w polskich bankach utrzymuje się na bezpiecznie wysokim poziomie, podobnie jak współczynniki wypłacalności w całym sektorze bankowym. Wysoki poziom wskaźników ROE w polskich bankach na koniec 2007 roku wynika z rekordowo wysokich zysków osiągniętych w 2007 roku przez działające w Polsce banki. O właściwym zarządzaniu, na poziomie działalności operacyjnej banków, świadczy także stosunek kosztów do dochodów, który dla sektora bankowego również kształtuje się na bezpiecznym poziomie poniżej 50 proc.
Wartość stopy zwrotu na kapitale własnym (ROE) oraz stopy zwrotu na aktywach (ROA) w polskim sektorze bankowym

Banki, którym udało się wypracować największe zyski netto w stosunku do posiadanych aktywów, odnotowały wskaźniki ROA na poziomie zdecydowanie przewyższającym średnią dla całego sektora. Godny uwagi jest również systematyczny wzrost wartości obu wskaźników rentowności przez ostatnie lata. Świadczy to o dużej dynamice rozwoju systemu bankowego w Polsce. Warto przy tym podkreślić, że wskaźniki rentowności, obrazujące sytuację finansową w całym sektorze, uzyskiwane przez polskie banki są o wiele wyższe od analogicznych wskaźników dla banków amerykańskich. Nawet na kilka lat przed obecnym kryzysem, w 2003 roku średni wskaźnik ROE dla amerykańskiego sektora bankowego wynosił 15,3 proc., a więc był o ponad 50 proc. niższy niż bieżące wskaźniki dla polskiego sektora bankowego.
Stosunek depozytów do kredytów oraz kredytów do aktywów w wybranych polskich bankach (II kw. 2008)

Analizując wielkość aktywów posiadanych przez polskie banki oraz wielkość udzielonych przez nie kredytów, a także wielkości pozyskanych depozytów, większość banków prowadzących swoją działalność w Polsce może się wykazać wskaźnikami na bezpiecznym poziomie. Stosunek kredytów do depozytów dla najlepiej wypadających pod tym względem polskich banków waha się od około 61 do 233 proc. Dla porównania, średni wskaźnik depozytów do kredytów w USA w sierpniu 2008 roku wynosił 73 proc., co potwierdza znacznie większe zaangażowanie w akcję kredytową banków za oceanem. Równie korzystnie wypada porównanie stosunku kredytów do sumy aktywów. W najlepszych pod tym względem polskich bankach wskaźnik ten nie przekracza 60 proc., podczas gdy w USA wynosi średnio ponad 85 proc.Poniższa tabela podsumowuje główne wskaźniki finansowe dla największych polskich banków.
Aktywa, współczynnik wypłacalności stosunek depozytów do kredytów oraz kredytów do aktywów w polskich bankach (II kw. 2008)


| Brak komentarzy, twój bedzie pierwszy. | |
Pokaż wszystkie komentarze
|